Włoskie podróże w czasach pandemii – epizod drugi

Trasa: Piemont, Emilia Romania, Toskania, Veneto, Friuli

Tytułem wstępu, jako że niestety z powszechnego braku czasu, nie udało nam się opisać naszej wyprawy wakacyjnej kamperem w sierpniu, która przebiegała od Szwajcarii aż po okolice Pizy, tym razem postanowiliśmy prowadzić nasz blog w miarę na bieżąco, przez co teraz możemy się z Wami podzielić naszymi wrażeniami z całej wyprawy. Istotą naszych włoskich eskapad jest połączenie przyjemnego z pożytecznym, czyli podróży biznesowej w celu spotkań z naszymi obecnymi dostawcami oraz poszukiwania nowych, z ciekawą formą turystyki, która prowadzi nas najczęściej na boczne drogi, odkrywa nowe miejsca oraz dostarcza niezapomnianych wrażeń. Szczególnie fascynują nas miejsca rzadziej odwiedzane czy opisywane w przewodnikach, choć oczywiście jak jesteśmy w pobliżu jakiegoś znanego spotu, również staramy się zaliczyć jego „ekspresowe zwiedzanko”. A tak to wyglądało tym razem:

Sobota 21.11.2020 – droga ze Zdzięsławic do Turynu

Ze Zdzięsławic wyjechaliśmy o godz. 6.20 rano, z pewnymi obawami, związanymi z restrykcjami z powodu pandemii koronawirusa. W internecie spotkaliśmy wiele sprzecznych informacji, ale generalnie wychodziło, że nie jest łatwo podróżować, nawet służbowo. Przygotowaliśmy się dobrze, dokumenty transportowe, oświadczenia od naszych znajomych we Włoszech, że do nich jedziemy, formularze z Ministerstwa Spraw Zagranicznych, itp.

Celem naszej podróży tego dnia był Turyn, w którym mieszka nasz dobra znajoma Wanda. W związku z obowiązującą we Włoszech godziną policyjną od 23.00 do 5.00 musieliśmy praktycznie jechać non-stop, zmieniając się w czasie jazdy. Ku naszemu zdziwieniu na granicach nie było żadnego problemu, żadnych kontroli, na trasie tak samo.

Po drodze nie mogliśmy sobie odmówić krótkiego postoju w pustej Weronie, gdzie zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie pod domem Julii. Jechało się naprawdę bardzo przyjemnie i pomimo tak dalekiej drogi (ok. 1500 km) udało się bez problemu dojechać do celu przed 23.00.

U Wandy byliśmy po raz pierwszy i to co nas na początku zaskoczyło, to widok z okna na 10-tym piętrze, na miasto i na zaśnieżone Alpy. Pomimo ogromnego zmęczania, usiedliśmy przy stole przy kolekcji i dobrym włoskim winie. Rozmawiało się tak dobrze, że nie wiadomo kiedy zrobiła się 2.00 w nocy i nadszedł czas do spania:)

Niedziela 22.11.2020 – zwiedzanie Turynu, okolic Asti, Alby, poszukiwanie producenta Barolo – region Piemont

Po śniadaniu udaliśmy się z lekką niepewnością na zwiedzanie Turynu. Nasza znajoma bała się z nami jechać z uwagi na czerwoną strefę i całkowity zakaz wychodzenia bez wyraźnej przyczyny. Jednak to co zobaczyliśmy w centrum miasta pokazało, że Włosi nie są jednak w stanie wytrzymać w „domowych więzieniach”. Otóż wszędzie ludzie, rodziny z dziećmi, spacerują, biegają, jeżdżą na rowerach. Spokojnie można wypić kawę i zjeść świeżą focaccię, tyle, że na zewnątrz. Najbardziej rozbawiły nas „patrole” policji, polegające na tym, że 5 czy 6 aut służb porządkowych zebrało się na rynku, wysiedli i w małych grupkach prowadzili dyskusje, ignorując zupełnie wszystko dookoła. Tym sposobem spokojnie zwiedziliśmy starówkę, zatrzymując się na dłużej w katedrze. Niestety całun turyński nie był wystawiony.

Po tej krótkiej wizycie udaliśmy się w trasę w poszukiwaniu dobrego producenta wielkich win piemonckich jak Barbaresco i Barolo. Jedyne czym dysponowaliśmy to adres pewnej rodzinnej firmy od naszych znajomych w miejscowości Neive. Ale zanim tam dotarliśmy, nie mogliśmy się oprzeć, jak zwykle w naszym przypadku, od zjeżdżania z trasy i oglądania starych średniowiecznych miasteczek, zlokalizowanych na okolicznych wzgórzach. Widoki, mimo jesiennej pory były zachwycające, setki hektarów winnic rozciągających się dookoła i pokrywających pagórkowate tereny. Tym sposobem zwiedziliśmy po drodze miasteczka Monta, Vezza di Alba. W końcu dotarliśmy do Neive, niestety z powodu niedzieli i dodatkowo pandemii, w zasadzie wszystko było pozamykane, również polecona winiarnia rodziny Gaiotto. Poruszając się po krętych, pagórkowatych drogach, zobaczyliśmy otwarty wjazd na podwórko jednej z licznych w tym miasteczku kantyn. Zadzwoniliśmy do drzwi i otworzyła nam sympatyczna Włoszka – właścicielka „Massimo Rivetti” i oprowadziła nas po piwnicy z beczkami z winem. Okazało się, że wszystkie produkowane wina są z certyfikatem BIO, jednak podane ceny trochę ostudziły nasz pierwotny entuzjazm. Kupiliśmy jednak butelkę Barbery i Barbaresco w celach degustacyjnych, zobaczymy czy wprowadzimy je do oferty, ale na pewno podzielimy się po powrocie naszą opinią na ich temat.

Ostatnim punktem podróży tego dnia była nasza zaprzyjaźniona winnica „Sti. Vi.” (https://www.vinistivi.it/#) z miejscowości Ferrere koło Asti. Spędzamy tam miły wieczór z właścicielem Giannim, jego wspólnikiem oraz teściową, która jest Polką. Jest miła, rodzinna atmosfera, jemy pyszny włoski chleb w towarzystwie dojrzewającego włoskiego salami. Ustalamy ostatnie szczegóły naszego zamówienia, zostawiamy banderole na butelki. Od Gianniego zamawiamy dobre wina piemonckie jak białe Cortese, Roero Arneis i czerwone Bonarda, Dolcetto, Barbera, Nebbiolo. Wszystkie wina Sti. Vi. dostępne są w naszym sklepie internetowym, charakteryzują się ciekawymi rustykalnymi etykietami, dobrą jakością i bardzo konkurencyjną ceną. Warto wspomnieć o jednym wyjątkowym winie z tej winnicy o nazwie „Bonarda”, które jet winem czerwonym bardzo delikatnie musującym, o głębokim, pełnym smaku, przyjemnej taniczności i świeżej owocowości. Na koniec zostajemy obdarowani przez Gianniego czymś zupełnie wyjątkowym, zakurzoną butelką Barolo z 2000 roku !

W końcu wracamy do Turynu koło 22.00, jemy kolację, dzielimy się wrażeniami i znowu schodzi nam na rozmowach z Wandą do pierwszej w nocy…Tutaj warto wspomnieć kim jest owa tajemnicza Wanda. Otóż jest ona najlepszą przewodniczką po Turynie, nauczycielką włoskiego i polskiego. Dlatego jeśli wybieracie się na wycieczkę do Turynu warto się z nią skontaktować i umówić. Można to zrobić przez bezpośredni kontakt telefoniczny lub na tworzącym się fb. Wkrótce, przy okazji nowego wpisu autorstwa Wandy, o likierze Bicerin i wieży Mole Antonelliana (co mają ze sobą wspólnego ?), podamy namiary do tej jakże interesującej osoby.

Poniedziałek 23.11.2020 – Zakupy w Turynie, Trufle, Parma, kraina Lambrusco Garuti

Na początek dnia, po dobrym śniadaniu, jedziemy z Wandą do marketu w Turynie po zakup Świątecznych Panettone oraz Pandoro z tradycyjnych firm Pelluani, Balotto i Motta.

Produkty te znajdziecie oczywiście w naszym sklepie.

Wracamy do mieszkania Wandy, pakujemy się, zabieramy kilka staroci w prezencie i udajemy się w dalszą drogę, tym razem naszym celem jest niezwykła kraina winnic Lambrusco. Po drodze, w Asti, spotykamy się ze zbieraczem trufli, który sprzedaje najwyższej jakości przetwory z tych jakże znanych i ekskluzywnych grzybów podziemnych. Z powodu pandemii i obostrzeń nie możemy jechać i zobaczyć aziendy „Le Trifole” (https://www.letrifole.com/), ale spotykamy się na stacji benzynowej z właścicielem Davide, który przywozi nam nasze małe, pierwsze zamówienie, które można będzie wkrótce zobaczyć w naszym sklepie. Są to najwyższej jakości pasty oraz kawałki trufli w zalewie, produkowane zarówno z białej jak i czarnej trufli piemonckiej.

Kolejny przystanek robimy w Parmie, idziemy tam na krótki spacerek, strzelamy kilka fotek z zabytkami i kupujemy kawałek 36-cio miesięcznego Parmigiano Reggiano na kolację.

W końcu późną porą docieramy do celu podróży tego dnia jakim jest rodzinna winnica Garuti (http://garutivini.it/), w której jesteśmy umówieni z młodym właścicielem z piątego pokolenia – Alessio. Mimo późnej pory chłopak robi nam fajną degustację Lambrusco, głównie z odmiany Sorbara, w której uprawie rodzina Garuti się specjalizuje. Po degustacji, z butelką dobrego Lambrusco produkowanego tzw. metodą starożytną, udajemy się do pobliskiej agroturystyki rodziny Garuti, gdzie otrzymujemy powitalny kieliszek lokalnego likieru z zielonych orzechów włoskich „Nocino”.

Wtorek 24.11.2020 – Tradycyjny ocet balsamiczny, Modena, Lambrusco Grasparossa La Piana, Parmigiano Reggiano z gór Apenin Modeńskich, hotel pod San Gimigniano – region Emilia Romania

Rano, po tradycyjnym włoskim śniadanku na słodko, udajemy się ponownie do Alessio, aby zobaczyć winnicę, winiarnię, piwnice oraz złożyć nasze pierwsze zamówienie na naprawdę wyśmienite Lambrusca z odmiany Sorbara, z których ofertą na Mercatino można będzie zapoznać się po powrocie. Przy okazji podczas rozmowy dowiadujemy się, że rodzina Garuti produkuje również ocet balsamiczny metodą tradycyjną. I to chyba był dla nas największy szok, dlatego pozwolę sobie na dłuższe zatrzymanie się przy tym temacie, bowiem okazuje się, że tak jak z winem jest to temat rzeka, a zwłaszcza dociekanie dlaczego są tak ogromne rozbieżności cenowe. W skrócie można powiedzieć, że metoda tradycyjna to prawdziwa manufaktura, dodatkowo wymagająca ogromu czasu, bo wytwarzane i certyfikowane w ten sposób octy mają klasyfikacje min. 12 lat oraz min. 25 lat! Wytwarza się je z najlepszej jakości, właściwie z samej esencji soku winogronowego, oczywiście z odmiany Lambrusco, który po zagotowaniu a przez to zagęszczeniu i koncentracji cukrów, wlewa się do pierwszej dużej beczki 200 litrów i dalszy proces oddawany jest naturze. Przede wszystkim ocet produkuje się w tzw. „bateriach” złożonych z minimum 5 beczek od największej do najmniejszej, sukcesywnie przelewając go z jednej do drugiej. Można to jednak robić tylko w zimie, gdyż w lecie w beczkach zachodzą naturalne procesy chemiczne, wywołujące powstanie tych niesamowitych aromatów i smaków. Po tej wizycie, naocznym zobaczeniu tej produkcji oraz degustacji odrobiny 25-letniego octu (doznanie trudne do opisania) przestała nas dziwić horrendalna wydawałoby się cena tychże octów. Tak naprawdę wystarczy jednak jedna mała kropla na kawałek parmezanu i można się delektować wyjątkowym, niepowtarzalnym smakiem. Ciekawostką jest, że ocet takiej samej jakości, ale bez certyfikatu „konsorcjum” i bez certyfikatu „DOP” można kupić znacznie taniej, jednak nie może się wówczas nazywać „aceto balsamico” a jedynie „condimento balsamico”:) Oczywiście zakupiliśmy niewielką ilość tych ekskluzywnych produktów, zarówno z certyfikatem jak i bez. Pełna oferta naszych octów balsamicznych wkrótce dostępna.

Przy okazji , na koniec, Alessio rekomenduje nam wspaniały parmezan, produkowany wysoko w górach Apeninach Modeńskich przez caseificio „Santa Lucia”. Alessio dzwoni do właścicielki, zapowiadając oczywiście naszą wizytę.

Po tych wrażeniach wyruszamy w dalszą drogę, do kolejnego producenta Lambrusco, tym razem z odmiany Grasparossa. Winnica ta położona jest wyżej, na wysokości ok. 150 m.n.p.m., nazywa się „La Piana” (www.lambruscolapiana.it/en/lambrusco-grasparossa/) i produkuje 100% Lambrusco z certyfikatem „BIO”.

Po drodze robimy szybkie, częste w naszym wydaniu „zwiedzanie samochodowe” centrum Modeny, gdzie robimy spektakularną zawrotkę na głównym rynku, a potem w wąskiej uliczce niemal przejeżdżamy pojawiającego się znienacka Włocha, który niespodziewanie zaczyna przeklinać po polsku i po krótkiej rozmowie przez szybę auta, rozstajemy się ze śmiechem.

Po drodze do winnicy próbujemy zjeść coś ciepłego i w tym momaencie zaczynamy powoli odkrywać, że pomimo pierwszych wrażeń z Turynu jako takiej „normalności”, Włosi są jednak zamknięci. Na ulicach i w miasteczkach zupełnie pusto, wszystkie bary, restauracje pozamykane, nie ma mowy o zjedzeniu czegokolwiek na ciepło, nawet trudno znaleźć cokolwiek na wynos. W jakiejś małej mieścince udaje nam się znależć otwarty bar z tortellini na wynos, które oczywiście szybko zamawiamy i z plastików jemy na szybko w samochodzie.

W winnicy „La Piana” spędzamy miły czas na degustacji win z właścicielem Mirco, który robi nam do tego pyszne zestawy przekąsek z prosciutto crudo i parmezanem przyprawionym tradycyjnym octem balsamicznym. Dokonujemy wyboru kilku etykiet z odmiany Grasparossa, w tym również jedno wino całkowicie organiczne, bez dodatku siarczynów. Wina „La Piana” już wkrótce pojawią się w ofercie naszego sklepu.

Na nocleg pierwotnie planujemy hotelik w śmiesznie brzmiącym z nazwy miasteczku Poggibonsi, jednak finalnie jedziemy do niedużego hotelu „La Cappuccina” pod San Gimignano, po drodze załapujemy się jeszcze przed 21.00 na espresso w zamykanej właśnie kawiarni, bezpośrednio pod wspaniale oświetlonymi murami starego miasta. Kawa, jeśli już uda się znaleźć otwarty bar, podawana jest na wynos w papierowych kubeczkach, brak tak znanego brzeu filiżanek, gwaru rozmów, jest cicho i w gruncie rzeczy smutno.

Środa 25.11.2020 – San Gimignano, odkrycie winiarni Palagetto, Siena – szybkie zwiedzanie, termy San Filippo, nocleg w Chiusi – region Toskania

Dzień ten rozpoczynamy od bogatego (jak na włoskie standardy) śniadanka, przywiezionego, z uwagi na obostrzenia Covid, prosto do naszego pokoju. Potem podziwiamy niesamowite widoki, w tym na pobliskie San Gimignano oraz ciekawe otoczenie hotelu, z dużym basenem zewnętrznym,

Następnie udajemy się na szybkie zwiedzanie San Gimignano, które jest niemal całkowicie opustoszałe. Tradycyjnie wąskie uliczki, zakamarki, punkty widokowe, tunele, robią niesamowite wrażenie. Na pewno jest to miejsce, do którego warto wrócić.

Po tej krótkiej atrakcji turystycznej przyszła pora na poszukiwanie słynnej „Vernaccii di San Gimignano”, czyli zacnego lokalnego wina białego, szczególnie dobrego w wersji leżakowanej w dębowych beczkach, zwanej Riserva. Wkrótce odkrywamy winiarnię „Palagetto” (https://www.palagetto.it/), w której, ku naszemu ogromnemu zadowoleniu oprócz Vernaccia di San Gimignano, znajdujemy inne klasyczne toskańskie wina jak Chianti czy Brunello di Montalcino. Od razu nawiązujemy współpracę i zabieramy na początek kilka kartonów win, których oferta po powrocie pojawi się w Mercatino.

Jedziemy do Sieny na ekspresowe zwiedzanie specyficznego rynku Campo, na którym odbywają się jedyne w swoim rodzaju wyścigi konne Palio między rywalizującymi dzielnicami. Ku wielkiemu zdziwieniu napotykamy się na jedynego pana sprzedającego prażone jadalne kasztany, tak słynne w tym czasie w Toskanii. Oczywiście kupujemy porcję i idziemy jeszcze szybko do katedry. Niestety nie zapisaliśmy sobie miejsca pozostawienia samochodu i w drodze powrotnej lekko się gubimy, trzeba uważać bo Siena jest ogromna i myląc drogę można wyjść z miasta w kompletnie innym miejscu.

Kolejnym celem naszej podróży są naturalne termy San Filippo, na które jeszcze nie udało nam się dotrzeć mimo wcześniejszych prób, jednak mamy niepewność co do ich dostępności z uwagi na obostrzenia pandemiczne. Po drodze jedziemy odcinkami historycznej drogi Via Francigena, prowadzącej z Canterbury w Anglii aż do grobu św. Piotra w Rzymie. Obecnie szlak ten dostępny jest w wersji pieszej, rowerowej i samochodowej. Po drodze odkrywamy małe, puste całkowicie miasteczko Montereggioni. Po drodze na termy zbaczamy jeszcze na szutrową drogę, prowadzącą prawdopodobnie do Montepulciano, powoli słońce zaczyna zachodzić i zastanawiamy się czy w ogóle jest sens jechać do San Filippo dei Bagni, gdyż termy są położone w środku lasu. Zbaczamy zatem, już po zachodzie słońca, na inne termy Bagni dei Vignoni, gdzie znajduje się miasteczko w którego centralnym miejscu, zamiast rynku, znajduje się basen termalny. Czytamy na internecie, że poniżej, pod piaskowymi skałkami znajduje się mały „basenik” termalny, ale woda raczej chłodna. Odnajdujemy to miejsce, jest przepiękne, ale woda, choć krystalicznie czysta, z jasnym dnem piaskowca, jest całkowicie zimna. Tym sposobem robi się całkiem ciemno i pomyłkowo, zamiast do centrum Vignoni, wyjeżdżamy szutrową drogą na wysoką górę i odkrywamy miejsce zupełnie niezwykłe, zwane jak się później okazało Vignoni Alto. To jakby malutka kamienna osada z jedną wysoką wieżą, delikatnie oświetlona i niemal całkowicie opustoszała. Jedynym miejscem w którym widzimy człowieka jest malutka pracownia krawiecka w kamienicy na rogu. W głębi osady odnajdujemy mały kościółek, który o dziwo jest otwarty i oświetlony, a za zamkniętymi drzwiami zakrystii słychać modlitewne śpiewy mnichów – klimat niesamowity, gdyż jesteśmy tam zupełnie sami. To już oczywiste, że do San Filippo nie dojedziemy, jednak kiedyś podczas naszej podróży po Toskanii odkryliśmy malutkie termalne baseniki pod murami średniowiecznego San Casciano dei Bagni i tam właśnie się udajemy. Na miejscu okazuje się, że baseniki są zagrodzone z powodu oczywiście pandemii. Nie możemy się jednak powstrzymać i przechodzimy z ręcznikami za ogrodzenie. W tym momencie mimo późnej pory (po 20.00) i całkowitego odludzia słyszymy jadący samochód. Chowamy się szybko za najbliższe drzewo, potem szybko podchodzimy do basenu wskakujemy szybko do środka na 2 minuty gorącej kąpieli:) Tym sposobem termy zaliczone i udajemy się na nasz nocleg z bookingu na przedmieściach Chiusi, w przyjemnym B&B „Albergo di Gallena”, gdzie przyjmuje nas sympatyczna i pomocna właścicielka Milena. Warunki jak na jedną noc są bardzo przyzwoite, domowa atmosfera – polecamy.

Czwartek 26.11.2020 – Castiglioncello del Trinoro, agroturystyka Toskania, salami toskańskie, włoska kawa rzemieślnicza, Padwa – region Toskania

Z Chiusi jedziemy szutrowymi dróżkami do naszego ulubionego miasteczka Castiglioncello del Trinoro, w którym zakochaliśmy się podczas pierwszej podróży po Toskanii. Tym razem jest całkowicie opustoszałe, a widoki z tego miejsca zapierają dech w piersiach. Włóczymy się trochę po pustym mieście, rozmyślając jak byłoby wspaniale wynająć jedną z kamiennych willi w tym miejscu na długie wakacje…Po opuszczeniu miasteczka udajemy się jedną z najpiękniejszych widokowych tras, pośród toskańskich wzgórz, którą docieramy do niesamowicie położonej agroturystyki „Podere Belvedere”, gdzie wśród pasących się owieczek dopadają nas wspomnienia z przystanku w tym miejscu kilka lat temu z naszą malutką wówczas córeczką.

Jadąc dalej w kierunku Padwy, zupełnie przypadkowo odkrywamy małą wytwórnię wędlin toskańskich w Certaldo o nazwie „Gelli Salumi”. Mimo sjesty zostajemy przyjęci przez młodego Włocha, który mówi typowym toskańskim dialektem, zamiast „k” wypowiadając „h”, co wymaga trochę przyzwyczajenia, bo zamiast np. „carta” mówi „harta” itd. 🙂

Szybko podejmujemy decyzję o pierwszym zamówieniu różnych rodzajów salami, prosciutto crudo , salsiccii, guanciale, zabieramy to do naszej lodówki i wieziemy do naszego sklepiku, gdzie wkrótce będą dostępne.

W międzyczasie w drodze cąły czas dopinamy, koordynyjemy dostawy z Sycylii, Kalabrii, Apulii, Piemontu, Emilii Romanii tak, aby wszystko dotarło do Plski przed Świętami.

Ostatnim punktem biznesowym tego dnia jest malutka, rzemieślnicza palarnia kawy „Coffee share”, którą prowadzi młodziutki chłopak Mattia. Oprowadza nas po swoim „laboratorium” oraz robi nam degustację różnych mieszanek. Jest niezwykłym pasjonatem kawy i profesjonalistą. Udaje nam się wybrać mieszankę kawy mielonej, która wg nas spełni oczekiwania naszych Klientów, robimy pierwsze zamówienie, żegnamy się i udajemy się na nocleg do Padwy do hotelu „DC” na przedmieściach. Oczywiście jeszcze przed noclegiem zaliczamy ekspresowe zwiedzanie centrum Padwy, zatrzymując się bezpośrednio pod katedrą Św. Antoniego na krótki spacer. Oczywiście wszędzie pusto i wszystko zamknięte mimo wczesnej dość godziny 20.00. Jest to z jednej strony smutne, gdyż nie takie Włochy znamy z naszych podróży, a z drugiej jakieś ciekawe, intrygujące, inne i na pewno na długo pozostanie w pamięci wspomnień.

Po zameldowaniu się w hotelu udajemy się do baru na zasłużone Amaro Montenegro, w pokoju zaś spożywamy na kolację kilka kęsów naszego Parmigiano Reggiano.

Piątek 27.11.2020 – piattaforma, supermercati i calzature, Albafiorita – regiony Veneto i Friuli

Tego dnia ogarniamy nasze dostawy paletowe na platformie wysyłkowej, mamy do zrobienia trochę zakupów w supermarketach oraz chwilę przyjemności na skorzystanie z „black friday” i zakup butów oraz ciuchów. Schodzi nam na tym cały dzień i dopiero o 21.30 docieramy do naszego przyjaciela Dino, który prowadzi wspaniałą agroturystykę „Albafiorita” w Latisanie koło Udine. Jak zawsze zostajemy wspaniale ugoszczeni dobrą kolacją i wybornym winem. To miejsce charakteryzuje się tym, że wszystko jest najwyższej jakości. Zarówno jedzenie jak i picie to produkty regionalne, często ekologiczne. Lokalne, zero przemysłowej masówki. Jeśli chodzi o wino to Dino podaje tylko i wyłącznie to z własnej produkcji , niewielkiej winniczki friulańskiej. Ale najważniejsze jest to, że za każdym razem jak się widzimy zaskakuje nas czymś nowym. Tym razem delektujemy się wyjątkowym Merlotem rocznik 2018, który mieliśmy okazję spróbować już w czerwcu, ale wtedy wg Dina nie był jeszcze gotowy do sprzedaży, choć na mnie zrobił i tak ogromne wrażenie. Moje wrażenia z pierwszej degustacji potwierdziły się w 100%. Wino jest niezwykle pełne, głębokie i aromatyczne. Mimo leżakowania przez 12 miesięcy w używanej beczce dębowej, utrzymuje swoją soczystą owocowość, zarówno w aromacie jak i w smaku. Znajdziemy tu aromaty dojrzałej wiśni z odrobiną goryczki pestki jak również nuty ciemnych owoców leśnych, a wszystko doprawione delikatną słodyczą wanilii. Wino jest mocne, ciężkie, przepełnione jedwabistymi taninami, o zrównoważonej kwasowości i długim finiszu. Dodatkowymi atutami są: limitowana seria 2 000 butelek oraz naprawdę wyjątkowo ogromny potencjał do dalszego leżakowania w butelce. Osobiście uważam, ze wino to oprócz oczywistego przeznaczenia do konkretnych mięsnych dań, doskonale sprawdzi się jako wino medytacyjne, przy kieliszku którego w zimowe wieczory można wspomnieniami powrócić do słonecznej Italii. Oczywiście zabieramy od razu ze sobą kilka kartonów, mimo jak się można domyśleć zacnej ceny:) Zapraszamy do zapoznania się z ofertą Albafiority w naszym sklepie.

Sobota 28.11.2020 – pożegnanie Italii i powrót do domu

Tego dnia wstajemy o 6 rano, przepakowujemy auto, żeby wszystko się zmieściło i po pysznym śniadaniu udajemy się w drogę powrotną. Mimo, że już nam śpieszno do naszych dzieciaczków czekających na nas z niecierpliwością w domu, udajemy się jeszcze z polecania Dina do jego kolegi, który w alpejskiej Pontebbie przed granicą z Austrią, produkuje w 100% biologiczne i pochodzące w dużej mierze z własnych upraw, marmolady o ciekawych smakach, salsy słodko-pikantne do serów, naturalne syropy, przetwory warzywne, a nawet rzemieślnicze piwa. Wszystko ładnie zapakowane, okraszone elegancką etykietą, oczywiście z certyfikatem „BIO”. Znajdziemy tu takie słodkie specjały jak marmolada z pomarańczy z cytryną i imbirem, dynia z imbirem czy malina z miętą i rabarbarem. Jeśli zaś chodzi o salsy do serów to przede wszystkim „dolce e piccante” z pepperoncino, cipolla rossa w słodkiej glazurze z pepperoncino, gruszka z pepperoncino i inne. Wybrane przez nas produkty od Luiggi „Verdura” Faleschini znajdziecie wkrótce w naszym sklepie.

Akurat chyba niewielu znana Pontebba w naszej pamięci pozostanie na długo i to bynajmniej nie z powodu produktów „Falescchini” a niemiłej acz dobrze kończącej się przygody z naszej poprzedniej, sierpniowej podróży kamperem, kiedy to właśnie w okolicach Pontebby brakło nam paliwa. Zostaliśmy uziemieni na pustym, bez jakichkolwiek udogodnień parkingu, wśród gór, tuneli, rzęsistego deszczu i przez kilka godzin próbowaliśmy coś wymysleć, aż w końcu dobrzy ludzie pomogli:)

Bez większych problemów docieramy do domu przed 21.00, rozpakowujemy pełne auto produktów i czekamy na kolejne dostawy, które będą zjeżdżać sukcesywnie z naszej platformy wysyłkowej.

Tymczasem śledźcie newsy na naszym fb !

© A.R.D.2020